-Niewiarygodne! – żachnęła się brunetka. Siedziała właśnie, jak zawsze o tej porze w bibliotece usiłując napisać zadane wypracowania. Zazwyczaj o tej godzinie kończyła już co najmniej trzecią wyczerpującą temat pracę, tym razem jednak jej myśli kręciły się wokół zupełnie innych spraw. Rzadko zdarzało jej się być rozkojarzoną, tylko jeden temat mógł tak na nią podziałać. Dlatego, ze wszystkich sił starała się o nim nie myśleć. Ba… Jej nie wolno było o tym myśleć. Starała się skupić na połyskującym w strumieniach popołudniowego słońca kurzu. Po chwili jednak przestał on być widoczny, ponieważ słońce zostało przysłonięte przez czyjąś sylwetkę.
Gryfonka z westchnieniem spojrzała w górę.
-Coś ci widzę nie idzie wypracowanie, co Granger? – zaśmiał się blondyn, spoglądając na kilka przekreślonych zdań, znajdujących się na pergaminie. Jej to bynajmniej nie rozbawiło.
-A ty co? Śledzisz mnie? – zapytała, bez cienia zainteresowania, bawiąc się stalówką pióra. Miała nadzieję, że takim tonem zniechęci go, do dalszego irytowania jej osoby i ten po prostu sobie pójdzie. Jakie było jej rozczarowanie, gdy chwilę później usłyszała dźwięk odsuwanego krzesła, na którym z pełną gracją arystokraty rozsiadł się wygodnie „Ślizgoński dupek”.
-Rzadko można cię spotkać wpatrującą się w ścianę. Tym bardziej w bibliotece… z niezapisanymi pergaminami. Czy to przypadkiem nie jest marnotrawienie czasu?
-Może i wpatrując się w ścianie niczego się nie nauczę, ale po krótkiej rozmowie z tobą każdy jest jak po praniu mózgu, a to mi nie pomoże. Wystarczy spojrzeć na Crabba i Goyle’a…
-Kompletnie drętwy tekst, szlamo – wycedził. Był zły na nią, że śmiała na niego tak mówić i na siebie, że bynajmniej nie ukazuje się z dobrej strony i nie dostarcza jej powodów dla których miałaby zgodzić się mu pomóc.
-Widocznie już pomału zaczyna mi się udzielać twoje towarzystwo – Była gotowa na kolejne obraźliwe teksty, skierowane w jej kierunku jednak ku jej zdziwieniu wcale się ich nie doczekała. Po chwili milczenia z lekką nutką rezygnacji w głosie zaproponowała by przeszedł do rzeczy.
Chłopak tylko się uśmiechnął i szukając czegoś za szatą powiedział:
-Ja nic od ciebie nie chcę… Mam ci tylko dać ten list. – Tu pokazał jej białą kopertę z wytopioną pieczęcią dyrektora.
Gryfonka sięgnęła po przesyłkę i odłożyła ją na bok wracając do pisania wypracowań.
-Nie otworzysz? – usłyszała po chwili natarczywy głos ślizgona.
-Otworzę później – odpowiedziała, nie odrywając wzroku od pergaminu.
-Może to sprawa niecierpiąca zwłoki… ?
-Może… - mruknęła nie mając najmniejszego zamiaru otwierać tego listu. Chciała żeby sam poprosił o pomoc, a nie ułatwiał sobie sprawy listami w kopercie. Tak właściwie, był on widocznie zwykłym niedomówieniem ciała pedagogicznego, bo zaledwie kwadrans przed chłopakiem odbyła burzliwą rozmowę na ten temat z opiekunką jej domu. Po kilku minutach cały czas czując na sobie natarczywe spojrzenie chłopaka, odłożyła pióro na bok i spojrzała na niego z tą samą natarczywością.
–No dobra. O co ci chodzi? - Przeszyło ją jakieś dziwne uczucie, gdy tak patrzyli się sobie w oczy, na szczęście jednak chłopak okazał się być słabszy i natychmiast odwrócił wzrok po czym sięgnął po kopertę otwierając ją jednym przełamaniem pieczęci.
-Przeczytaj, to się jak sądzę dowiesz. Widzisz przecież, że nie otwierałem listu.
-Widzę. Ale widzę również, że ty dokładnie wiesz, co jest w nim napisane.
Blondyn skinął tylko głową na potwierdzenie i nie doczekując się od niej żadnej reakcji, wyciągnął list z koperty, którą chwile później rzucił za siebie i podstawił go Gryfonce prosto pod nos.
Gryfonka ani drgnęła. Patrzyła się przed siebie, jakby nic nie przysłaniało jej widoku. Chwilę później list zniknął jej z przed oczu, a dziewczyna rozsiadła się w geście takiego oczekiwania jakby sam zaproponował… „To może ja ci sam wszystko wytłumaczę. Z listu o wiele mniej się dowiesz…” Chłopak westchnął i wreszcie przypomniał sobie do czego służy język w gębie.
-Chodzi o konkurs… - wytłumaczył, jakby to miało wyjaśnić całą sprawę.
-Konkurs – odrzekła dziewczyna, patrząc na niego z przymrużonymi oczami i czekając na ciąg dalszy wypowiedzi. Nie doczekawszy się go uściśliła – Konkurs… z eliksirów?
-Nie do końca… - i znów urwał, nie podejmując próby wytłumaczenia jej całej sprawy.
-Malfoy… Trochę mnie przeceniasz. Jestem dosyć inteligentna, ale chyba nikt nie domyśliłby się o co ci chodzi… Powiesz mi czy…
-Wystarczyłoby żebyś przeczytała ten cholerny lista, ale nie… Co? Uważasz że to za krótka lektura żeby się w nią zagłębiać nie? Tobie trzeba by pisać listy na kilkanaście stron, żebyś stwierdziła, że może cie to zainteresować! – nie wiedział co go tak zdenerwowało, nie mógł jednak znieść myśli że ona wręcz sprowadza wszystko do tego żeby ją błagał na kolanach o pomoc. W każdym razie sam zauważył, że plecie od rzeczy.
„Cholerna, pieprzona, nadęta, skretyniała…” – Starał się jakoś uspokoić i nie dopuścić do kolejnego wybuchu gniewu, nie ułatwiła mu tego jednak na wpół roześmiana, na wpół z ironią wpatrująca się w niego mugolaczka.
Minęło dobre parę sekund, żeby poskładał myśli i wyłożył jej to wszystko, co sam wiedział.
-… I dlatego chcemy tego czy nie – będziemy w jednej parze – dokończył po pewnym czasie obracając całą sprawę na jego korzyść. Nie zdołał jednak przechytrzyć Gryfonki.
-Musimy? A dlaczego niby ja MUSZĘ?
-Bo tak zażądali nauczyciele – odparł niby to obojętnie. Widząc, że jej tym nie przekonał dodał – Mnie też to wcale nie zachwyca, ale sprzeciwianiem się niczego tutaj nie wskóramy. Sam próbowałem.
-A więc, ani ja, ani ty nie, mamy tu nic do gadania tak? – uściśliła czując, że zaraz nie będzie w stanie powstrzymać uśmiechu, który od paru minut nachalnie starał się wpełznąć na jej porcelanową twarz.
-Niestety… - burknął z pełną irytacją w głosie. Jej dociekliwość, wcale mu się nie podobała.
Kilka sekund później Gryfonka przybierając dogłębnie zadumaną i zatroskaną minę rzekła:
-…Bo wiesz, kiedy to McGonagall objaśniała mi całą tę sprawę, wyglądało na to, że ode mnie zależy czy się na tyle poświęcę w imię twojego dobra… Biedaczka… Myślała że wie lepiej od ciebie… Jak to się ludzie mogą pomylić, nie uważasz? – ciągnęła tym samym zadumanym głosem. Nie mogła się jednak powstrzymać by nie zobaczyć wyrazu jego twarzy gdy stawiała przed nim kolejne wyjaśnienia.
Ten wyraz twarzy: zdezorientowany i wściekły… Bezcenny…
Po dobrej chwili, cały czerwony na twarzy, ledwo powstrzymujący się, by nie rzucić na nią pierwszego lepszego zaklęcia jakie przyjdzie mu do głowy wrzasnął:
-Ty wszystko wiedziałaś?!
Hermina mogła przysiąc że przez ułamek sekundy zobaczyła w nim jego ojca; Rysy twarzy tak bardzo mu się wyostrzyły, że ktoś kto widziałby go po raz pierwszy, przez tą chwilę pomyślałby, że chłopak może być już spokojnie po trzydziestce.
Mimo tego, że wyglądał jakby walczył ze sobą by jej nie zabić tu i teraz, nie potrafiła oprzeć się pokusie odpowiedzenia na jego pytanie.
-Jestem naprawę pełna podziwu dla ciebie, że zdołałeś się tego domyślić – jej głos nigdy jeszcze nie był tak przesłodzony i niewinny jak w tej chwili.
Z rozbawieniem oczekiwała na jego kolejną reakcję jednak się jej nie doczekała. Nim zdążył podsumować ją tą wdzięczną nazwą „szlamy” stanęła nad nim pani bibliotekarka.
-Drogi chłopcze… Książki nie lubią hałasu. Ja też nie lubię i zapewniam cię, że nikt poza tobą, kto znajduje się w tej bibliotece za nim nie przepada… Dlatego właśnie wchodząc do niej każdy podpisuje niepisany pakt ze mną, że jeśli już musi coś powiedzieć to na tyle cicho by nie wyszło to poza stolik… Nie będę tolerowała takich zachowań w tym miejscu, więc albo się sam pan z tond wyniesie, albo będę zmuszona pójść po pana Filtcha, a on już z pewnością…
-Pani Prince, zapewniam panią, że więcej już nigdy się nie ośmieli zbezcześcić tego miejsca. Proszę mu jednak dać jeszcze chwilę, a zaraz sama go z tond wyprowadzę. Pan Filtch nie będzie tu potrzebny, a zresztą musiałaby pani zostawić bibliotekę bez nadzoru, a w dzisiejszych czasach…
-Dobrze, już dobrze. Daję wam dziesięć minut – Gryfonka była jedyną osobą którą pani Prince zgadzała się wysłuchać, jednak nie marzyła nawet o tym, że będzie w stanie ją do czegoś przekonać.
Z szerokim uśmiechem na ustach odprowadziła kobietę wzrokiem, aż zniknęła za potężnym regałem ksiąg. Wiedziała że Ślizgon już raczej nie spróbuje się wydzierać, jednak w razie czego rzuciła na nich zaklęcie uciszające, dzięki któremu mogliby wydzierać się na siebie jak stare małżeństwo, a pani Prince nie usłyszałaby nawet najmniejszego szeptu.
-Skoro jak już widzę się uspokoiłeś, możemy pogadać o szczegółach…
-Szczegółach czego?
-Konkursu, a czego innego? McGonagall mnie poprosiła, a ja się zgodziłam. Swoją drogą, tobie to lepiej wyszło – i w tym momencie pierwszy raz w życiu szczerze się do niego uśmiechnęła. Blondyn był jednak za bardzo podenerwowany, by to dostrzec. Bił się teraz z własnymi myślami. Czy nadal jest gotowy na to wszystko? Czy nie lepiej będzie po prostu dać sobie spokój i stać się sługą Czarnego Pana. Miał wybór ale cóż z tego skoro każdy był równie beznadziejny.
-Słuchaj… Wiesz, że czy chcesz tego czy nie, to jest twoja jedyna szansa… Voldemort, nie będzie żył wiecznie i nie jest wart tego, żeby ktokolwiek marnował sobie przez niego życie. A zresztą… ile osób będziesz musiał zabić, dla ratowania własnej skóry? – To mówiąc spakowała książki i zostawiła go samego z własnymi myślami. Sama też musiała to wszystko przemyśleć…
Wróciła do dormitorium. Kilkoma machnięciami różdżki spakowała wszystkie swoje rzeczy do walizki i razem z nią ruszyła do Pokoju Wspólnego. Nie mówiła o tym blondynowi, ale umowa z profesorką gwarantowała jej osobne dormitorium w którym postanowiła zamieszkać z Ginny. Była to nagroda za wszystko po trochu… Była prefektem naczelnym, najlepszą uczennicą i oczywiście u boku przyjaciół walczyła z Voldemortem. Perspektywa posiadania własnego pokoju bez rozwrzeszczanych koleżanek, taka uporządkowana oaza spokoju, była dla niej zbawieniem. Tak czy inaczej, dała się przekupić w imię większego dobra. Póki co była zdziwiona z jaką łatwością dogadywała się ze ślizgonem… W każdym razie, nie przeszli jeszcze do rękoczynów, a to już był jakiś sukces.
Następnego dnia w Wielkiej Sali panował większy niż zazwyczaj gwar. W szkole rozeszła się wieść o konkursie, który stał się teraz tematem nr 1 w Hogwarcie. Hermina postanowiła nie mówić na razie chłopakom o umowie między nią, a nauczycielami, wiedziała bowiem, że naraziłaby się tym samym na długie wywody Rona co do tego, że Malfoy jest Ślizgonem, a ona się zdradziła. Na pewno zakończyłoby się to kłótnią. Z podobnych pobudek i Draco postanowił zachować to dla siebie.
Gdy w Sali zebrali się już wszyscy, na mównicę wszedł starzec o wiecznie wesołym spojrzeniu. Klasnął w dłonie by zwrócić na siebie uwagę. Sala natychmiast ucichła pozwalając dyrektorowi dojść do słowa.
-Jak widzę do wszystkich dotarła już wiadomość, że nasza szkoła – wracając do dawnych tradycji – będzie brała w tym roku udział w konkursie tanecznym. Konkursy tego rodzaju, były bardzo często organizowane za czasów gdy wasi rodzice tu uczęszczali. 16 lat temu ta tradycja zanikła w Hogwarcie, kontynuowana jest jednak w pozostałych szkołach. Od lat zasady są takie same, jak i nagroda dla zwycięzców. – Przerwał na chwilę żeby jego słowa mogły w 100 % dotrzeć do uczniów – Pierwsze 3 konkurencje są konkursem szkolnym. Pary muszą tańczyć nie tylko tańce klasyczne, ale i nowoczesne. Na co traficie zależy od tego, co wylosuje partnerka. Para, która zakwalifikuje się do pierwszej trójki przejdzie na etap między szkolny. Odbywa się on na podobnych zasadach. Szkoła w której się odbędzie, zależy od ustaleń dyrektorów. Może się zdarzyć że każda będzie w innej szkole. Zostaje jeszcze konkurs między-krajowy który składa się na tylko jedną konkurencję i trzy miejsca medalowe. Podczas pobytu za granicą, uczniowie którzy tam będą, zobowiązani są uczęszczać na zajęcia z innymi uczniami tej szkoły. Dostaną własne rozkłady zajęć. Dziewczęta będą miały swoje dormitorium i chłopcy swoje. Po rozstrzygnięciu wyników finału, każda zwycięska para wyjeżdża na letni miesiąc, do kurortu na egzotycznej wyspie. Przywilejem pary zwycięskiej jest wybór dowolnego apartamentu w którym spędzą wakacje. Każdy ma dwie sypialnie, przestronny pokuj dzienny i wielką łazienkę z jacuzzi. Sam hotel zaopatrzony jest w salony Spa, Gier i Baseny. W każdym razie pewien jestem, że nie da się tam nudzić. Grono pedagogiczne wspólnie zadecydowało, że prefekci dając dobry przykład wezmą w tej imprezie udział, a żeby uniknąć ewentualnych nieporozumień, panie będą musiały wylosować swojego partnera, dlatego proszę o pozostanie prefektów w Sali po posiłku… A teraz smacznego!
Na stołach pojawiło się mnóstwo jedzenia. Hermina pierwszy raz w życiu widziała, żeby Ron nie rzucał się w czasie posiłku na wszystko co mu wpadnie w ręce. Siedział, biały jak kreda z wzrokiem utkwionym w jej oczach. Potrzebował dobrej chwili by się odezwać.
-Słyszeliście? Czy wy to słyszeliście?! – wrzasnął, a nie doczekując się ze strony, ani Harrego, ani Hermiony żadnej odpowiedzi ciągnął dalej – Czy oni postradali rozum… Przecież chyba widzieli jak ja tańczyłem na Balu…
-Jak mogli to zobaczyć skoro ty NIE tańczyłeś Ronaldzie? – zapytała lekko poirytowanym głosem Gryfonka.
-Teraz, to się naprawdę cieszę, że nie zostałem prefektem - zaśmiał się Harry, natychmiast jednak spoważniał widząc rozwścieczoną minę przyjaciela – Oh, daj spokój. Odpadniesz w pierwszej konkurencji i będzie po sprawie…
-O ile ktoś będzie na tyle głupi, żeby się do tego zgłosić – uciął Ron – jeżeli nie, to akurat te trzy pary prefektów przejdą dalej… Błagam Harry zgłoś się – poprosił tak błagalnym głosem że serce się krajało. Harrego jednak to nie wzruszyło.
-Ron nie żartuj sobie… Po pierwsze nie umiem tańczyć, a po drugie… kto jeszcze byłby na tyle głupi, żeby…
-Ja, Harry Potter – Harry natychmiast odwrócił głowę, choć wiedział już kto koło niego siedzi.
-O… Luna. Tak właściwie to ja nie… Nie potrafię…
-Rozumiem – odpowiedziała, a widząc jego przepraszające spojrzenie dodała – podobno Neville tańczy. Pójdę go zaprosić. – I chwilę później biegła już do bruneta.
-Harry… Mogłeś być bardziej taktowny – skarciła go Hermiona
-Przecież Luna nie jest typem osoby, która by się załamywała przez drobne odrzucenie… To nie jest Jęcząca Marta.
Hermina postanowiła nie ciągnąć dalszej dyskusji. Jej uwaga skupiła się teraz na pustce wymalowanej na twarzy blondyna.
„Tak Malfoy, klamka zapadła…”
Suom!
Nastrój:
tagi:
Kochani, przepraszam was z całego serca, że tak długo zwlekam z nowym rozdziałem... Tym bardziej że obiecałam, że ukarze się on do końca tego miesiąca... a tu jak byk czarno na białym 30 październik w kalendarzu, a notki jak nie było tak nie ma. I uwierzcie mi, że jestem zła na siebie 100X bardziej niż którykolwiek z was ale nie mogę puki co znaleźć wystarczająco dużo czasu, żeby naskrobać coś z sensem... co było warte czekania. Nie będę więc pisała kolejnej daty dodania, bo nie lubię się nie wywiązywać... po prostu jak już coś dodam to was wszystkich każdego z osobna ładnie powiadomię. I jeszcze raz proszę... WYBACZCIE MI...
Suom!
Nastrój:
tagi:
Na początek chciałabym coś dodać od siebie...
Opowiadanie rozpoczyna się od szóstego roku nauki w Hogwarcie. Fakt przejścia Dracona na stronę czarnych mocy, śmierć Dumbledora i Horkruksy kompletnie nie pasowałyby mi do tej historii, dlatego będę pisała tak, jakby nic takiego nie miało miejsca.
Pomysł na to opowiadanie, układał mi się już od dłuższego czasu, nie chcę więc zmieniać niczego co sobie wcześniej umyśliłam. Mam nadzieję, że moje opowiadanie, nie będzie wam się w żadnym stopniu myliło z książką. Właściwie będzie zupełnie inne... Ale zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie :D
***
Gdy za oknami zapadła ciemność, oboje coraz bardziej zaczęli obawiać się pory snu… Żadne nie chciało zobaczyć powtórnie swojego irytującego koszmaru. Niezaprzeczalnie nienawidzili się z taką samą siłą i to była jedyna rzecz z którą oboje się zgadzali… Ten sen był zwykłym dowcipem… żartem uknutym przez porę księżycową, niczym, co mogłoby znaleźć swoje odzwierciedlenie w życiu. Mimo to nie mieli zamiaru poddać się zmęczeniu.
Dracon leżał w swoim łóżku rozmyślając nad Czarnym Znakiem. Za każdym razem gdy go widział jego ciało ogarniały dziwne dreszcze. Nie potrafił wyobrazić sobie siebie w masce, w czarnej pelerynie mierzącego do kogoś różdżką z szerokim uśmiechem. Mógł zwodzić wszystkich ale przecież nie może oszukiwać sam siebie! Bał się... Bał się pierwszego zadania... Kogo Czarny Pan rozkaże mu zabić? Co jeśli trafi na jego znajomego? Czy będzie musiał wybierać między życiem jego rodziny a przyjaciół?
Nieświadomy, powoli dał się pogrążyć w śnie...
Miejsce w którym się znalazł, nie przypominało mu żadnego dotychczas widzianego miejsca. Ujrzał pusty hol zdobiony jedynie świecami, dopiero gdy wytężył wzrok dojrzał zarys postaci na drugim końcu pomieszczenia. Coś go pchało w tamtą stronę, nie wiedział czy to ciekawość, czy jakiś dziwny rodzaj magii. Poddał się bez walki. Im jednak był bliżej, tym ciężej było mu iść do przodu. Nie dając za wygraną szedł do przodu. Zobaczył ludzi, w czarnych pelerynach – śmierciożerców. Nie mieli na sobie masek, a ich spojrzenia znacznie różniły się od tych, do których przywykł. Gdy ktoś zapukał do drzwi, obraz zaczął się rozmazywać, później oddalać, aż całkowicie znikł z przed jego oczu.
Zaspany sięgnął po różdżkę i skierował ją w stronę drzwi szepcząc przy tym „Alohomora”. Nie usłyszał żadnego skrzypnięcia drzwi. Jedynymi dźwiękami, jakie do niego doszły były szybkie kroki. Po chwili ucichły, poczuł za to, jak materac przechylił się po drugiej stronie łóżka pod czyimś ciężarem, a po chwili jego kołdra tajemniczo zniknęła. Kompletnie nieprzytomny uchylił oczy i zobaczył uśmiechniętą twarz Pansy, zasłoniętą częściowo przez skrawek jego kołdry. Uśmiech zgasł chwilę po tym jak został oświetlony przez błyskawicę.
-Pans… Znów mam się nie wyspać? – spytał niby rozżalonym głosem.
Dziewczyna uśmiechnęła się do niego powtórnie ukazując szereg równych zębów. Podsunęła się trochę do góry i delikatnie zmierzwiła mu włosy.
-Jeżeli mnie tu nie chcesz to zawsze możesz powiedzieć… Nie będę ci tego wypominała jak trafię do św. Munga…
-Wiem. Nie myślisz chyba że bym cię tam odwiedzał. – Mówiąc to zabrał jej większą część kołdry – Z tiarą naprawdę jest już źle, skoro przydzieliła kogoś takiego jak ty do Slytherinu.
-Słucham? A kto panicznie boi się Actryllów – powiedziała po czym z powrotem zabrała mu kołdrę.
-Chyba zawołam Gorleya. On ma więcej ciała do przytulania. Będzie ci o wiele cieplej. A to… to był cios poniżej pasa!
-Uuu czyżbym uraziła męską dumę?
-Chciałoby się. – Skwitował, po chwili dodając tonem urażonego dziecka – a tamto… to jest uraz z dzieciństwa. Nie wolno śmiać się z takich rzeczy.
-Czyżby wszedł ci do majtek podczas spaceru?
Oboje uśmiechnęli się do siebie. Parę sekund później mina blondyna zmieniła się o 180o.
-Pansy… Nie możesz przychodzić tu za każdym razem, kiedy zaczyna się burza… Niedługo ktoś to zobaczy i po szkole rozejdą się plotki.
-Mi to nie przeszkadza… - Zapewniła dając mu całusa w policzek
-A mi tak. Nie chcę narażać ciebie na niebezpieczeństwo. Dzisiaj jeszcze zostań, ale następnym razem wolałbym żebyś znalazła sobie inne, bezpieczniejsze miejsce.
-Draco… Nie musisz się martwić ze każdemu, na kim ci zależy coś się stanie. Niczym się mu przecież nie naraziłeś.
-Ja nie – ale mój ojciec tak. To jest prawie to samo… Nie zrozumiesz tego.
-Czarny Pan ma teraz dużo ważniejszych spraw na głowie. Nie wydaje mi się żeby miał się teraz tobą interesować.
-Może masz rację, ale nie mogę stracić czujności. Nie zamierzam ryzykować niczyjego życia. – Stwierdził smutno.
-Więc co? W ogóle przestaniemy rozmawiać?! Draco! Gdyby w przyszłości chciał się na tobie zemścić, nie interesowałoby go to, czy jeszcze się przyjaźnimy! Wiesz zresztą, że to nie na mnie najbardziej ci zależy…
-Mówisz o mojej mamie? – Wyszeptał. Nie czekał jednak na odpowiedź… była oczywista.
-Tak. Teraz to ty jesteś panem domu… Musisz ja chronić. Chcesz tego czy nie, jeśli Czarny Pan czegoś od ciebie zażąda, będziesz musiał się zgodzić… I to z wdzięcznością.
Zapadła chwila ciszy. Blondyn dokładnie analizował sens jej wypowiedzi. Po jakimś czasie odezwał się ponownie. Głos miał rozgoryczony, a białka poczerwieniały wywołując pieczenie. Nie znosił ani tego szczypania, ani bólu wywołanego „gulą” w gardle.
-Wiesz co z tego wszystkiego jest najgorsze? – nie czekając na odpowiedź kontynuował –Najbardziej nie mogę przetrawić myśli, że w tym wszystkim liczę na to, że Potterowi i reszcie uda się wygrać. Uwierzyłabyś? Całe życie marzyłem o tym, by zostać śmierciożercą… Nie mogę teraz znaleźć żadnego rozwiązania, które odwlokłoby to choćby o tydzień.
-Draco. To jeszcze dwa lata. Do tego czasu, wszystko może się zmienić.
-Wszystko…
***Następnego dnia rano***
-Panie Malfoy, proszę za mną. – McGonagall zatrzymała go gdy zmierzał na lekcję Obrony Przed Czarną Magią
-Pani profesor… Mam teraz lekcję z panem Molbornem - zaoponował
-Nie zabiorę panu dużo czasu – wyjaśniła i nie czekając na kolejne słowa sprzeciwu odwróciła się do niego plecami i zaczęła wspinać się po schodach.
***W biurze***
-Panie Malfoy… - zaczęła – czy zdaje sobie pan sprawę, z pańskiej reputacji. Mam na myśli, co uczniowie, a nawet niektórzy nauczyciele mówią na pański temat?
-Nie podsłuchuję czyichś rozmów… Są mi obojętne zdania innych. – Odpowiedział nie siląc się na uprzejmość.
-Wiele osób – a mowa tu o znacznej większości szkoły – uważa, że może pan pójść w ślady pańskiego ojca, niektórzy są zdania, że już pan nimi podąża…
-Na przykład Potter?! – przerwał jej Ślizgon. Ton jego głosu, od razu przybrał na sile, a rysy twarzy niebezpiecznie się zaostrzyły.
-Panie Malfoy, oczywistym dla pana jest fakt, że nie mogę wyjawiać nazwisk. Niektórzy jednak…
-Pani profesor… Z tego co mi się wydaje, ma nas pani nauczać transmutacji, a nie podsłuchiwać po kątach! – Wrzasną podnosząc się z krzesła, które pod wpływem siły uderzyło z łoskotem o ziemię.
-Panie Malfoy! Proszę usiąść! Jeszcze nie skończyłam… ! – Wrzasnęła, lekko zbita z tropu.
-A ja tak. – Odpowiedział już bardziej opanowanym, jednak nadal podniesionym głosem. Nim McGonagall zdążyła zareagować, ostatni skrawek jego szaty znikł za drzwiami, które w tym samym czasie głośno trzasnęły…
-Kpina jakaś… - Oburzyła się poprawiając się w fotelu. Zdawała sobie sprawę, że ta rozmowa nie będzie należała do najprzyjemniejszych, jednak miała nadzieję że dojdzie chociaż do sedna sprawy.
Godzinę po ostatniej lekcji ktoś zapukał do drzwi jego dormitorium.
-Otwarte! – wrzasnął.
Siedział właśnie odpisując na list od swojej matki. Była jedną z niewielu osób, na których mu zależało. Była dla niego jak promyczek światła na końcu ciemnego tunelu. Nie wyobrażał sobie że mógłby jeszcze trzymać się przy życiu gdyby jej nie było… Nie miałby po co. Było jednak dla niego czymś wiadomym, że prawie jej nie znał.
-Witaj Draco.
W drzwiach stanął wysoki, czarnowłosy mężczyzna o wiecznie zmarszczonym czole i przenikliwym wzroku. Przestąpił próg pokoju, siadając na szmaragdowym fotelu.
-Muszę z tobą porozmawiać. – Powiedział głosem niecierpiącym sprzeciwu. Był jednak przyzwyczajony, że na jego chrześniaka, taki ton nie działa.
-Jestem zajęty. Nie widać? – Odparł obojętnie z kpiną w głosie.
-Przykro mi że muszę ci przerwać, na twoje życzenie zresztą.
-Ach tak… McGonagall cię przysłała? – Bardziej stwierdził, niż spytał.
-Bystry jesteś… To jak? Znajdziesz chwilę, czy wolisz żeby ona dokończyła rozmowę?
-Mów.
-Dumbledore… Uważa że znalazł doskonałe rozwiązanie na poprawienie twojej reputacji… Wiedz, że jeśli nie ulegnie ona poprawie, być może za rok nie będziesz mógł kontynuować tu nauki, o innych szkołach nie wspomnę. Innymi słowy, zostaniesz bez wykształcenia, z opinią śmierciożercy… ciężko dla takiego o posadę w świecie magii…
-Do rzeczy! – ponaglił jadowitym tonem.
-Albus jest zdania, że jeśli udowodniłbyś, że potrafiłbyś utrzymywać znośne stosunki z Gryffonami, a nawet z osobami z pozamagicznych rodzin…
Nagle w jego głowie wszystko zaczęło się układać, wszystkie słowa McGonagall i Snapea… Jego ostatnie koszmary… Przed oczami stanęła mu wyraźnie jedna osoba… Szeroki uśmiech ukazujący równe, białe zęby… Ciemne oczy połyskujące brązem, jedynie w promieniach światła i długie kasztanowe loki odbijające się od jej ramion, niczym sprężyny przy każdym najdelikatniejszym ruchu.
-MAM SIĘ ZAPRZYJAŹNIĆ Z GRANGER?! –Wrzasnął z taką siłą, że Snape odruchowo umocnił swój uścisk na różdżce.
-Nie masz się z nią przyjaźnić, idioto! Nawet Dumbledore nie jest na tyle naiwny, by wierzyć w powodzenie się takiego planu…
-Więc…?
-Postanowił zorganizować konkurs. – Powiedział niemal naturalnym głosem
-Konkurs… ? – Spytał przenikliwie
-Taneczny. – Uściślił. Obserwował, jak mina ślizgona zmienia się to na zszokowaną, to na oburzoną, zamyśloną, nie mogąc wyrazić odpowiednich emocji które w tej chwili zawładnęły umysłem.
-JA?! MAM TAŃCZYĆ Z GRANGER?! Z TĄ... TĄ SZLAMĄ?! Z... TYM KUJONEM?!
-Tak – odpowiedział głosem pozornie niewzruszonym. Tak naprawdę był szczerze rozbawiony reakcją podopiecznego.
-Po moim trupie! – Wrzasnął ostatni raz, po czym najnormalniej w świecie z powrotem wrócił do pisania listu.
-Draco… Sam pomyśl. Jeśli teraz się nie postarasz, to za rok wylecisz. Zresztą nawet jeśli skończysz szkołę to kto cię przyjmie? Za góra trzy lata, będziesz bankrutem. Jedynym twoim wyjściem, będzie praca dla mugoli… Doprawdy ambitne –rzekł z sarkazmem. Po chwili jednak zrobiło mu się go żal i z westchnieniem złapał go za prawe ramie – Jeśli nie jesteś w stanie zrobić tego dla siebie, pomyśl o Narcyzie… Czy naprawdę chcesz dla niej takiego losu?
-Będę pracował dla Czarnego Pana…
-Podzielisz tylko los swojej ciotki… Wszyscy widzą w tobie śmierciożercę. Na pewno będą cię sprawdzali… Jeżeli nim zostaniesz, nie będziesz mógł podjąć żadnej pracy w świecie czarodziejów, oczywiście mógłbyś zmienić nazwisko, zacząć nowe życie… Ale pamiętaj, że wyrzekniesz się wtedy tego kim jesteś… Możesz jednak spowodować że nazwisko „Malfoy” rozbłyśnie na nowo. Wszystko jest teraz w twoich rękach. Ojciec byłby z ciebie dumny. – Dodał.
-Nie chrzań… Miałby być dumny z tego że bratam się z wrogiem? – Spytał rozjuszony.
-Więc twoja matka…
-Też nie znosi szlam.
-Jesteś pewien? – Spytał z nutką rozbawienia. – Czy naprawdę, nie znasz swojej matki? Widocznie świetnie zagrała rolę wiernej śmierciożerczyni.
-Ona jest oddana Czarnemu Panu! - wrzasnął
-Nie twierdzę że nie… Ale mogę cię zapewnić, że pochodzenie nie było dla niej sprawą priorytetową. Nie mogła jednak się tym chwalić… Myślę że w święta, będziecie mieli o czym rozmawiać.
-Nigdy nie myślałem, że nie będę się mógł ich doczekać.
-Narcyza jest podobnego zdania… - zapewnił. Pierwszy raz tego dnia Draco wydawał się być w dobrym humorze. - Co do konkursu… Odbędzie się za ponad dwa tygodnie. Musimy jeszcze przekonać pannę Granger… Ona nie będzie w tym miała żądnego interesu, więc…
-Ciężko będzie się domyśleć, co ją przekona.
-Co masz na myśli? – Zapytał, niezbyt jednak ciekawy odpowiedzi.
-Próbowałeś kiedyś czytać w jej myślach?
-Jasne… Jak każdemu.
-I…? – Dociekał. -Dostałeś się do każdej myśli, którą skrywała?
-Za każdym razem. O co ci tak właściwie chodzi?
-Ja nie mogłem… Ani jednej myśli. Nic! – zbulwersował się
-Może niewystarczająco się skupiłeś. – Podsunął profesor, cały czas kpiarsko się uśmiechając.
-Tak… Być może.
W głębi duszy jednak nie uspokoiło go takie wytłumaczenie…
-Będę miał sporo okazji żeby to sprawdzić.
-Więc już ustalone. Tak na przyszłość… Pamiętaj proszę, że dyrektor doskonale opanował legilimencję.
-Pamiętam… A co?
-To ty mu podsunąłeś pomysł z tańcami. Teraz możesz sobie pogratulować.
-Kopiesz leżącego… Zdajesz sobie sprawę?
Brunet zaśmiał się pod nosem, po czym wstał i bez słowa wyszedł.
-Tango ze szlamą! Świat już oszalał… a ja schodzę na psy. Co za ironia… - Podsumował, nalewając sobie Blue Drago. Takie właśnie było jego lekarstwo na wszystkie problemy.
Suom!
Nastrój:
tagi:
HAha... Hah hahahahaha
MAM BILETY NA H A R R E G O P O T T E R A !!!
Jua haha ... Muah
Suom!
Nastrój:
tagi:
Serce waliło jej jak młotem… jakby zbuntowało się i chciało utorować sobie miejsce by wyskoczyć na światło dzienne. Kompletnie nie świadome że właśnie jest noc.
Zdziwiona uświadomiła sobie że przeraźliwy dźwięk jaki ją dobiegł nie wydobywał się z niczyich ust a jedynie jej pusty żołądek płatał jej figle. Dygocząc z nerwów opadła na puszystą poduszkę. Mimo czasu jaki spędziła wdychając słodki aromat nadal czuła jak subtelnie dostając się przez nos do klatki piersiowej zmusza ją do zwolnienia tępa. Po pewnym czasie nawet i serce zaprzestało szalonego biegu zauważywszy że jego starania są nadaremne.
Przechyliła się na bok w nadziei że może tak właśnie zaśnie. Po paru minutach starannie odganiane przez nią myśli natrętnie wróciły ukazując się w całej swojej okazałości.
Ukazały się jej pasma włosów, jasne niemal platynowe zdobiąc piękną twarz Dracona Malfoy’a we własnej osobie. Nigdy wcześniej nie pomyślałaby o nim w ten sposób, właściwie nie myślała o nim w ogóle ale w ten jeden wieczór uświadomiła sobie że jego charakter nijak nie pasuje do jego urody. Jeśli miałaby tyle wyobraźni tak właśnie w jej mniemaniu miał wyglądać anioł, bo syn Lucjusza Malfoya z roku na rok robił się atrakcyjniejszy. Właściwie wynikało to z tego że nie dbał już tak o staranną fryzuję która dzięki temu z lekkością opadała na jego czoło dodając mu nonszalancji. Cerę miał jasną niemal przezroczystą, napiętą na znacznie bardziej już widocznych kościach policzkowych. Ciało zaś z którejkolwiek strony by nie patrzeć przypominało dzieło najwspanialszych z rzeźbiarzy… I to właśnie najbardziej ją niepokoiło. Że mimo niechęci jaką darzyła tego mężczyznę nie potrafiła znaleźć w nim żadnej wady… A że ona widziała że tej wady nie ma było dla niej czymś potwornym.
Wspomnieniami mimowolnie powędrowała tam gdzie nie powinna…
Pierwsza scena jaka pojawiła jej się przed oczami była bardzo niewyraźna. Kilka ciemnych plam niemal nie odróżniających się od siebie tonacją. Po chwili usłyszała trzask, łapczywe oddechy i jakby ktoś nastawił lepszą częstotliwość wszystko stało się niewiarygodnie wyraźne.
Dwoje ludzi przypartych do siebie z taką siłą jakby coś ich ze sobą scalało… niczym dwa magnezy pierwszy + drugi -… Niemal czuła ból zadawanych pocałunków, a przecież to był tylko sen…
Nie zauważyła nawet w którym momencie ostatnia część garderoby chłopaka opadła na perski dywan.
Czułoś w jego oczach tak bardzo nie pasowała do jego wizerunku że nawet teraz, nie miała pewności że to był właśnie on… Obserwowała każdy skrawek jego ciała z osobna, aż zatraciła się w ich wspólnym tańcu miłości…
Nie pierwszy raz zdarzały jej się tak realistyczne sny… Nigdy wcześniej nie dotyczyły jednak one kogoś tak przez nią znienawidzonego jak pierworodny syn Lucjusza Malfoya. Znienawidzonego… to słowo nawet w najmniejszej części nie opisywało uczucia jakim go darzyła. A gdy ujrzała ich razem zawładnęło nią tyle emocji naraz że jej myśli zaczęły bić cię same ze sobą. Miała ochotę drzeć się... rzucać przedmiotami… wyrywać sobie włosy… jednak równocześnie z tymi pomysłami chciała jeszcze raz móc poczuć jego usta… jeszcze raz znaleźć się w jego ramionach i czuć, że teraz należy do niego.
Była tym przerażona i podekscytowana zarazem… Gdy wcześniej zdarzało jej się mieć tak wyraźne sny zawsze się one spełniały… jednak były mniej jednoznaczne. Na przykład kilka dni przed tym jak Czarny Pan się odrodził przyśniła jej się krew zalewająca krzyż. Trudno jej było się domyśleć, że chodziło tam o to że krzyż symbolizować będzie cmentarzysko – miejsce gdzie zabrał go puchar… a krew oznaczała połączenie krwi… A teraz zobaczyła konkretną scenę… Oboje jednak i ona i Draco wyglądali nieco poważniej… boć może tylko jej się tak wydawało z uwagi na zaistniałą sytuację.
Spojrzała na zegar wiszący na ścianie, który dzięki prostemu zaklęciu w nocy mienił się jasno, przez co z łatwością mogła odczytać godzinę. 3:45 O siódmej trzydzieści rozpoczynało się śniadanie, postanowiła więc ubrać się i spatrolować korytarze.
O tej porze szkoła zdawała się być jeszcze bardziej tajemnicza niż zwykle. Gołe ściany odbijały każdy najcichszy szmer z podwojoną siłą, schody o tej porze także można by uznać że spały, ponieważ nie poruszały się jak to miały w zwyczaju, bez problemów więc pokonywała każde kolejne piętro. Nigdzie śladu żywej duszy… Czasem tylko natrafiała na pałętające się po szkole duchy, nie wdawała się jednak z nimi w konwersacje. Zatrzymała się dopiero przed pokojem życzeń… wiedziała z doświadczenia że jeśli ktoś postanowiłby urządzić sobie nocną randkę w Hogwarcie to pomieszczenie stawiałby na pierwszym miejscu. Robiąc trzy zwinne zwroty poczekała aż drzwi się pojawią. Widok początkowo ją oślepił ponieważ po kilku godzinach spędzonych w niemal całkowitej ciemności nie była przygotowana na cichą łąkę porośniętą makami z niknącymi dźwiękami leśnego potoku. Ze zdziwienia nieświadomie otworzyła usta. Wolnym krokiem weszła do środka absolutnie zaabsorbowana czyjąś wyobraźnią. Najbardziej zachwycił ją widok pięknego stylowego pianina stojącego w cieniu olbrzymiej wierzby. Nie mogąc się powstrzymać podeszła do niego i przez kilka kolejnych minut grała na nim swoje ulubione melodie. Nie robiła tego już od bardzo dawna mimo że to uwielbiała. Przeszła się jeszcze by upewnić się że nie znajdzie tu nikogo a gdy po paru minutach nie trafiła na żywą duszę opuściła pokuj Życzeń.
Po kolejnej godzinie bezcelowego obchodu postanowiła wrócić do dormitorium. Droga powrotna zajęła jej nie więcej nić 20 minut jednak minęły jej niezwykle szybko na odganianiu myśli od ostatniego snu…
„Co to ma być do cholery?!”
Zwykle potrafiła zapanować nad natrętnymi obrazami przewijającymi się w jej głowie, tym razem jednak im bardziej się starała tym obraz przed jej oczami stawał się coraz wyraźniejszy.
Gdy doszła na miejsce wyciągnęła pierwszą lepszą księgę i z udawanym przed samą sobą zaciekawieniem wczytywała się w kolejne stronnice. Po pewnym czasie jej myśli w całości skupiły się na powtarzaniu znanych jej od kilku lat zaklęć. Ale cóż nigdy nie zaszkodzi powtórzyć, prawda?
Gdy pierwszy budzik dał o sobie znać poczuła niewyobrażalną ulgę i mimo że Ginny tylko wyciągając z pod kołdry rękę wyłączyła go Hermiona natychmiast zwaliła ją z łóżka korzystając z puchowej poduchy.
Śniadanie minęło jak każdego dnia… Bez rewelacji. Na stole tradycyjnie pojawiły się kosze z pieczywem, masło wędliny i drzemy. Dzbanki z ciepłym mlekiem i różnego rodzaju płatki. Na srebrnym półmisku co metr rozstawiona był jajecznica a tuż obok niej termosy z kawą zbożową i ciepłą herbatą. Takie śniadanie podawane było każdego dnia z wyjątkiem świąt. Gdy Hermina wraz z Ginny usiadła na swoim stałym miejscu nalała sobie herbaty i starała się wypatrzyć wśród tłumu nastolatków interesującego ją ślizgona. Nie znalazła go ani w przeciągu pierwszych dziesięciu minut, ani po kolejnych pięciu, więc gdy jej ruda przyjaciółka zakomunikowała jej ze już się najadła, nie widząc sensu dalszego wypatrywania udała się za nią. Rozdzieliły się dopiero przy schodach ponieważ młodsza Gryfonka szła na lekcję transmutacji odbywającą się na pierwszym piętrze, Hermina zaś zeszła do lochów.
Gdy profesor wszedł do Sali pierwszą rzeczą która powiedział było
„Nie siadajcie”.
Więc stali.
-Wszyscy wychodzą z wyjątkiem pierwszych ławek!
W klasie została Parvati Luna i dwóch ślizgonów… Tak bowiem zostali podzieleni wszyscy uczniowie na początku roku. Snape stwierdził że dzięki temu „Gryfoni może w końcu się czegoś nauczą”, mimo ze to ślizgoni potrzebowali korepetycji z eliksirów.
Przed klasą zaczęło robić się głośno, wszyscy bowiem zastanawiali się o co chodzi i wymieniali między sobą przypuszczenia. Hermina za to, nie słuchając wymiany zdań Harrego i Rona skupiła się na myślach profesora…
Po chwili dowiedziała się, że Snape postanowił zrobić sprawdzian wiedzy… Jak się można było spodziewać ślizgoni dostawali pytania na poziomie klasy trzeciej Gryfoni zaś… cóż jeśli nie byli z tematem parę lekcji do przodu nie mieli na co liczyć.
Hermina z Erickiem i Lavender byli następni. Jako że Malfoy się nie pojawił zostali w trójkę. Erick z eliksirów wiedział tyle co Harry na pierwszej lekcji, miał jednak tą dogodność, że był ślizgonem dostał więc to samo co wtedy Harry pytanie… Lavender miała wymienić „tylko” 10 roślin francuskich powodujących łamliwość kości, z czego znała 2 i Snape „nagrodził” ją za to odjęciem Gryffindorowi 10 pkt. Hermina została zapytana o nazwy smoków z których śliny robione są okłady lecznicze. Jako ze wymieniła wszystkie 16 nazw dostała pytanie dodatkowe… Skład eliksiru poprawiającego krążenie krwi w organizmie. Wiedziała doskonale, że składu takich eliksirów uczy się dopiero jeśli stara się o posadę w św. Mungu, nie potrafiła zatem wymienić ani jednego (medycyna nie była czymś, co mogłoby ją zaciekawić na tyle by się w nią zagłębiać) , skorzystała więc ze znajomości czytania w myślach. Snape sam o tym nie wiedział, ale podawał jej odpowiedzi jak na tacy. Nie pokazując swojego zszokowania odpuścił po tym pytaniu i zawołał kolejne osoby.
Równo ze dzwonkiem profesor wypuścił uczniów z klasy, z czego byli niesamowicie szczęśliwi. Na tej lekcji Gryffindor stracił 85 pkt. , Slytherin zaś zyskał 20.
-Rany… Hermi… Z tobą jest gorzej niż myśleliśmy! Ty… Skąd ty znałaś odpowiedzi na takie pytania?
Dziewczyna uśmiechnęła się spode łba. Nie lubiła takich sytuacji… Nie znosiła ich oszukiwać ale nie chciała żeby znali jej zdolności. Na pewno czuliby się tym skrępowani, mimo że jeszcze nigdy nie czytała w ich myślach bez większego powodu. A po drugie ta wiadomość pociągnęłaby za sobą następne pytania na które nie mogłaby im odpowiedzieć…
W tej chwili znienawidziła Lavender za jej długi jęzor. Wystarczyło jej parę sekund żeby z wszystkimi drobnymi szczegółami opowiedzieć chłopakom co się działo w sali gdy ich tam nie było.
-Wiecie… Gdybyście tyle czasu poświęcali książką co quiditchowi, na pewno też potrafilibyście odpowiedzieć na większość pytań… Nie były wcale takie trudne.
-A ty wciąż swoje… wiesz przecież że musimy grać. Bez nas Gryffindor nie zdobędzie pierwszego miejsca, a nawet jakby… Brown mówiła, że nawet Snape był zszokowany. Ty… Dokonałaś niemożliwego! – Zachwycał się Ron. Była pewna, że gdyby rozmawiali gdzieś w odosobnionym miejscu skakałby z zachwytu.
-Nie był wcale zszokowany… Po prostu miał jeszcze prawie całą klasę do przetorturowania, i nie chciał tracić na mnie czasu. Wiesz… Harry był następny w kolejce.
Kilka godzin później przekroczyli próg Wielkiej Sali. Już na wejściu dobił ich zapach smażonego boczku.
-Co jutro robimy? – zapytał Ron starając się równocześnie nie wypluć jedzenia.
-Nie wiem co ja z Harrym będziemy robić Ronaldzie ale ty przestudiujesz książkę z poradami jak zachowywać się w towarzystwie. Prawie dostałam z kluski!
-A ta nic tylko narzeka… - westchnął rudzielec nakładając sobie na talerz dokładkę.
Gdy Hermina zaczęła jeść budyń niemal się nie udławiła kiedy zobaczyła kto jej się przygląda… Draco Malfoy lustrował ją tak jadowitym spojrzeniem, że aż przeszła ją gęsia skórka. Harry natychmiast popukał ją po plecach i po chwili mogła już normalnie oddychać, jednak ani na chwilę nie spuściła wzroku ze ślizgona. Zauważyła że jego mina też się zmieniła z obojętnej na zszokowaną. Próbowała odczytać jego myśli, jednak okazało się że dosyć umiejętnie włada oklumencją. Dotarły do niej tylko zupełnie nieistotne urywki z jego życia. Dała za wygraną dopiero kiedy chłopcy wstali od stołu i któryś przywrócił ją do życia. Zmierzyła blondyna jeszcze jednym nienawistnym spojrzeniem i opuściła Wielką Salę.
Suom!
Nastrój:
tagi:
Początek
poniedziałek, 20.kwietnia.2009, 22:04
Miałam małe problemy z notkami ale teraz już chyba wszystko ok. Postaram się jak najszybciej napisać jakiś rozdział... Hm... Konkretnie WYJĄTKOWY bo w końcu pierwszy...
Suom!
Nastrój:
tagi: